Zdobywcy Świata

Każdy rodzic patrzy na swoje dzieci i zastanawia się kim zostaną w przyszłości, na jakie ścieżki pchnie ich życie. Nie inaczej i ja – patrzę na Tośkę, Emkę i Jaśka i zastanawiam się co ich czeka za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat. Nie da się tego przewidzieć, ale też nie da się odegnać od siebie takich myśli, bo, jako rodzice, jesteśmy odpowiedzialni za wskazanie im drogi.

Nie zrozumcie mnie źle – wskazanie drogi nie znaczy dla mnie prowadzenie za rękę i wepchnięcie na siłę w buty, w których nie będą chcieli chodzić, tylko dlatego, że mi się one podobają. Nie tak rozumiem rolę rodzica. Dla mnie wskazanie drogi to otwarcie ich umysłów, roztoczenie wizji, nakreślenie możliwości. Mogę sugerować, bo obserwuję ich przecież od chwili narodzin i nie będzie kłamstwem, gdy powiem, że dobrze ich znam – widzę cechy charakteru, predyspozycje czy rodzące się zainteresowania. Ale na sugestii zakończyć muszę, bo decyzje muszą podejmować sami. Chcesz grać w piłkę? Próbuj! Chcesz tańczyć w balecie? Sprawdź się! Chcesz malować? Proszę, oto farby! Jako rodzic jestem od tego, aby te ścieżki im udostępnić, pozwolić im znaleźć tę, która będzie pasować im najbardziej.

Znacie te historie – dziadek (na przykład) prawnik, tata prawnik, to dziecko też musi być prawnikiem, bo to rodzinna tradycja. W porządku, nie mam nic przeciwko, jeśli tylko dziecko (w znaczeniu pokrewieństwa, nie wieku) samo tego chce. Nie mogę przekładać własnych ambicji na potomstwo i próbować nakierowywać ich na moją drogę, lub co gorsza na taką, którą chciałem podążać, ale mi z jakiegoś powodu nie wyszło. Lekarze od 5 pokoleń, a tu nagle córka chce być opiekunem zwierząt w zoo. Rodzinna tragedia? Niekoniecznie. Ojciec miał być gwiazdą piłki nożnej – nie wyszło, ale przecież na pewno będzie nią syn, mimo, że jedyne okrągłe kształty, jakie go interesują to gwiazdy i planety. Oczywiste? Nic z tych rzeczy. Na siłę można otwierać słoiki, a nie planować przyszłość własnych dzieci.

Z drugiej strony, co jeśli dziecko chce zająć się czymś całkowicie absurdalnym, albo niezgodnym z jego dotychczasowymi zainteresowaniami czy preferencjami? Może tak przecież być – są tylko ludźmi, mogą ulegać wpływom otoczenia, zapalać się na moment. Rzucają wtedy wszystko, by oddać się tej jednej najważniejszej dla nich w danej chwili sprawie, nierzadko przekreślając swój całkiem spory życiowy dorobek. Czy mam stanąć okoniem i kategorycznie zabronić? Czy może nadal twierdzić, że to ich decyzja i, stojąc z boku, nie angażować się wcale? Najrozsądniejszym wydaje się po prostu porozmawiać, zachęcić do przemyśleń, korzystając z własnego doświadczenia (ale nie robiąc z siebie wyroczni!) pokazać możliwe konsekwencje. Innymi słowy – wesprzeć.

Wsparcie – to jest słowo klucz. Mimo, że wszelkie dylematy dotyczące drogi życiowej naszych dzieci jeszcze daleko przed nami, to myślę (a przynajmniej mam taką nadzieję!), że z Anią będziemy mogli Tolce, Emilce i Jankowi to wsparcie okazać, w którąkolwiek ze stron nie zwróciliby oczu. Chcemy być z nimi i być dla nich. Chcemy, by wiedzieli, że mogą na nas liczyć, że będziemy świętowali z nimi sukcesy i pomagali podnieść się po porażkach. Wesprzemy z całych sił, by mogli zostać zdobywcami świata – tego wielkiego czy tego małego, w zależności od tego, jaka będzie ich wola. Najważniejsze, żeby to był ICH świat, bo zdobywając ten swój, nie cudzy, będą w życiu szczęśliwi i spełnieni. A szczęśliwe i spełnione dziecko to przecież największe marzenie każdego rodzica.