Po Dniu Mamy, czyli krótka historia najpiękniejszej fotografii, jaką kiedykolwiek wykonałem (a której nikomu nie pokażę…)

Dzień Mamy 2020 zbliża się ku końcowi, za 29 minut będzie już tylko wspomnieniem. A ja do wspomnień właśnie powracam – dzieciaki śpią, Ania odpoczywa, a ja przeglądam stare zdjęcia. Jakoś tak melancholijnie nastroiło mnie dzisiejsze święto i w ruch poszły komputerowe zbiory… Wiadomo, większość tych fotek, które przeglądam, to zdjęcia z naszymi Maluchami – choć Jasiek by się pewnie za malucha obraził, to przecież dla mnie maluchami będą, mimo wszystko, na zawsze. I tak, trochę bezwiednie, trafiłem na najpiękniejszą fotografię, jaką kiedykolwiek wykonałem. Nie pokażę jej Wam, jest tylko nasza, ale chciałbym Wam o niej opowiedzieć…

Zdjęcie to związane jest bardzo z dzisiejszym dniem, a właściwie z jego główną bohaterką – Mamą. Jak wiele znaczy, ile potrafi znieść, ile przeszkód pokonać dla swoich dzieci, wie tylko ona. Skąd ta więź? Jak to możliwe, że jeden człowiek z drugim może być połączony tak wielką siłą? Cud. Cud natury. Cud człowieczeństwa. Cud miłości, którego początku trzykrotnie byłem świadkiem, a raz uchwyciłem na zdjęciu…

Nie oszukujmy się, nic nie wiem o noszeniu dziecka przez 9 miesięcy pod sercem. Jeszcze mniej wiem o bólach, w jakich to dziecko przychodzi na świat. Mimo, że wspierałem Anię przy każdym porodzie, to ani na milimetr nie przybliżyło mnie to do przeżyć i emocji, które były tylko jej, tylko dla niej zarezerwowane. Za każdym razem widziałem jak wielki trud znosi, by przy nas pojawili się Jasiek, Emilka i Antosia, niewiele mogąc zrobić, by jej w tym fizycznym trudzie ulżyć. Ale cały ten ciężki czas nie znaczy nic, zupełnie nic, w momencie, gdy maluszek po raz pierwszy zapłacze i po kilku sekundach leży na piersi Mamy. Wtedy łzy bólu zamieniają się we łzy największego szczęścia, jakiego może doświadczyć człowiek. Trzykrotnie płakała Ania, trzykrotnie płakałem ja…

Łzy, zmęczenie, ulga, radość, krew, pot, MIŁOŚĆ… Miłość Matki. Tę cudowną chwilę uchwyciłem na poruszonym, nieostrym zdjęciu… Najpiękniejszym.

„Nareszcie jesteś z nami…” – te słowa Ani brzmią mi właśnie w głowie i mimowolnie uśmiecham się pod nosem…

Czas kończyć i pójść sprawdzić, czy nasza Trójka śpi spokojnie. Do następnego!