Łuszczyca

Długo się wahałem czy o tym pisać, bo to temat dla mnie dość ciężki i nie byłem pewien czy warto go wyciągać… Siła internetu jest jednak wielka i może ktoś z Was zna jakiś cudowny specyfik na moją zmorę – łuszczycę…

Zaczęło się niepozornie. Miałem ok. 20 lat (dziś już nie pamiętam dokładnie ile), pracowałem na lotnisku i generalnie cieszyłem się życiem – młody człowiek, fajna praca, wspaniałe grono przyjaciół. Pewnego dnia na łokciu zauważyłem małą krostkę. Nie przejąłem się tym wcale, bo kto by się jedną krostką przejął. Niebawem na drugim łokciu pojawiła się podobna, a po kolejnych kilku dniach z krostek zrobiły się małe różowe plamki. „Co jest?” – dziwiłem się, a plamki z dnia na dzień rosły. Kolejne zaczęły pojawiać się na kolanach i we włosach. Wizyta u dermatologa i jednoznaczna diagnoza – łuszczyca. Początkowo nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo zmieni się moje życie i że czeka mnie walka, która nie daje zbyt wielu szans na zwycięstwo.

Łuszczyca jest chorobą skóry, która przekazywana jest genetycznie. Objawia się występowaniem plam na skórze, na których w bardzo szybkim tempie przyrasta naskórek i zaczyna się łuszczyć. Do tego, bardzo często swędzi jak cholera… Przepraszam za to stwierdzenie, ale inaczej opisać tego nie mogę, bo jest to tak mocne odczucie, że drapiesz się często do krwi, a przy tobie zbiera się biała kupka naskórka… Nie ma lekarstwa na jej przyczyny, można ją tylko zaleczać. I to właśnie próbuję robić.

Stosowałem już chyba wszystko. Zacząłem od leczenia najbardziej „tradycyjnego”, czyli sterydów. Nazw maści i emulsji sterydowych nie jestem w stanie spamiętać, było ich conajmniej kilkanaście. Niestety, sterydy działają tylko chwilowo, skóra się przyzwyczaja i mamy powtórkę z rozrywki. No i nie oszukujmy się – niby „leczą”, ale zdrowe nie są… Następnie byłem u pewnej mongolskiej znachorki, której metody trąciły szarlatanerią, ale trochę pomogły. Może łuszczycy nie zaleczyły, natomiast ogólna kondycja organizmu podskoczyła o stopień wyżej. Nie do końca jednak o to chodziło, więc sterydy wróciły do łask. Próbowałem preparatów na bazie dziegciu, podobno archaicznych, ale skutecznych. Nic z tego… Olejek z konopii? Też odhaczony, bez powodzenia.

Teraz jestem w trakcie kuracji ziołowej. Co dwa miesiące jeżdżę do zielarza, dostaję kilka zestawów ziół i piję je naprzemiennie. Ta terapia ma to do siebie, że jeśli ma być skuteczna, to musi być długotrwała. Po 3 miesiącach nie można jeszcze mówić o sukcesie czy porażce. Nie zrażam się, piję dzielnie, choć wiele z zestawów smakuje przepaskudnie… Po cichu liczę, że coś to pomoże. Rozmawiałem z wieloma osobami przyjeżdżającymi do tego zielarza i wyleczył ich on z różnych chorób. Kto wie? Może i mnie wyleczy.

I teraz historia, która przywraca mi wiarę w ludzi. Przed Wielkanocą bawiliśmy się z dzieciakami na pikniku zorganizowanym przez ich szkołę języka angielskiego. Ciepłe popołudnie, krótkie rękawki, moje łokcie na widoku… W pewnym momencie podchodzi do mnie pani i mówi, że tak patrzy na moją łuszczycę i chciałaby mi pomóc. Pochodzi z Ukrainy, a tam mają maść (bezsterydową), która podobno jest bardzo skuteczna i ona mi tą maść za jakiś czas przywiezie, bo wie jak bardzo uciążliwa jest to choroba. Fajne ma Pan dzieci, mówi, więc chciałabym, żeby nie musiał Pan zajmować się swoim zdrowiem, tylko zabawą z nimi… Nie będę ukrywał, łza mi się zakręciła w oku, bo bezinteresowna pomoc nie jest czymś, co w dzisiejszym świecie jest na porządku dziennym. Od kilku dni już ją stosuję – zobaczymy efekty za jakiś czas. Trzymajcie kciuki 🙂

Żebym tylko nie przekazał w genach tego świństwa moim dzieciakom…