Co by było gdyby…

—–
Bip bip… Bip bip… Bip bip…
„Cholera, czy ten budzik nie może przestać dzwonić?” – pomyślałem, leniwie otwierając jedno oko – „Dlaczego muszę dziś wstawać o tak barbarzyńskiej porze?”. Barbarzyńskiej, dobre sobie… Wielu by chciało budzić się o 9 rano, a dziś dla mnie to była największa kara. Poszaleliśmy wczoraj z chłopakami, nie powiem. Miał być szybki popracowy wypad na piwo, a skończyło się zwiedzaniem warszawskich klubów i powrotem do domu w środku nocy. Nerwowym ruchem postawiłem stopy na zimnej podłodze. Z nieukrywanym żalem podniosłem resztę tułowia i powlokłem się w stronę łazienki. Woda w kranie wydawała się zimniejsza niż zwykle, ale to pewnie efekt „syndromu dnia poprzedniego”. Spływające po twarzy lodowate krople otrzeźwiły mnie na tyle, że byłem w stanie zlokalizować szczoteczkę do zębów. Spojrzenie w lustrze wyrażało tylko jedno pragnienie – jak najszybszy powrót do łóżka. Pragnienie, które oczywiście nie mogło się spełnić, bo trzeba było jechać do biura. Ciekawe czy będę jedynym, który dotrze na 10:00…

Po pracy, mimo usilnych próśb chłopaków pragnących „powtórki z rozrywki”, postanowiłem jechać prosto do domu. Wymówiłem się jakimiś wyimaginowanymi obowiązkami (bo przecież nie mam żadnych!), po prostu nie dałbym rady balować tak drugi dzień z rzędu. Poza tym, w domu czekała na mnie moja miłość, którą ostatnio trochę zaniedbałem – konsola. Rozsiadłem się wygodnie na kanapie, rozkręciłem głośniki na maxa i uruchomiłem nową strzelankę, którą kupiłem wraz z czterema innymi grami kilka dni wcześniej. „Taaaak, tego mi brakowało…” – mruknąłem z zadowoleniem do siebie i zagłębiłem się w rozgrywkę. Z konsolowego transu wyrwał mnie dzwonek do drzwi. „Kto tam?” – krzyknąłem i niechętnie podniosłem się z kanapy ruszając w stronę drzwi. „Dostawca!” – rozległo się z ich drugiej strony. No tak, przecież zamówiłem sushi na wieczór z grami. Dobrze, że wziąłem ulotkę z tej knajpy w której byłem tydzień temu z Dominiką. A może to była Aśka? Nieistotne… Zapłaciłem dostawcy, rozstawiłem swoją ucztę na stoliku i zanurzyłem się z powrotem w komputerowy świat…

Nareszcie weekend! Czekałem na to przez cały ciężki korpotydzień. Tym razem jednak nie ma spania do południa, bo „spontanicznie zaplanowaliśmy” z chłopakami wypad nad morze. No bo właściwie czemu nie? Wyjazd o 5:00 rano, na 10:00 jesteśmy na miejscu – cały dzień na kite’ach, wieczorem, wiadomo, „coco jumbo”, część niedzieli znowu na wodzie, i nocny powrót do Warszawy. Samochód zapakowałem sprzętem już wczoraj, więc szybko ogarnąłem się i zbiegłem do garażu. Po drodze miałem złapać jeszcze Maćka i Pawła, Piotrek z Adamem jechali drugim samochodem. Jak nasza piątka rozkręci się nad pięknym Bałtykiem, to nie będzie na nas mocnych. Ruszyłem z piskiem, bo już czułem w nozdrzach zapach morskiej wody…
—–

Ojciec trójki dzieci wyłączył telewizor. Ten nowy serial o singlach jednak nie przypadł mu do gustu. „Naprawdę ludzie lubią takie życie?” – pomyślał kręcąc z niedowierzaniem głową – „Przecież to się może znudzić po trzech dniach!”. Zajrzał do pokoju dzieci, poprawił im kołdry (zawsze musiały się rozkopać!) i pocałował w czoła. Przytulił na chwilę żonę, po czym poszedł pod prysznic. Następnego dnia znowu czekała go pobudka o 6:00 rano, żeby odwieźć dzieciaki do przedszkola i zdążyć do pracy na 8:00. Po pracy czekał go występ z okazji Dnia Ojca – jego dzieci szykowały się do tego przedszkolnego występu od dwóch tygodni. Wiedział, że w jego trakcie przed oczami przelecą mu wszystkie najpiękniejsze chwile, które spędził ze swoimi szkrabami – narodziny, pierwsze ząbki czy kroki, pierwsze wypowiedziane słowo „tata”… Naprawdę ktoś mógłby nad to przedkładać imprezowe życie singla? Niemożliwe…